Zwyczajność choroby psychicznej. Czułość zapisana

„Książeczka” (ze względu na rozmiar tekstu, tak nazywa ją sama autorka) została wydana dziesięć lat temu. Choć Aleksandra Kożuszek opisuje doświadczenie schizofrenii, którego początki sięgają kilkudziesięciu lat wstecz, opowieść ta w żaden sposób nie straciła na wartości. Jako społeczeństwo wciąż uczymy się jak dobrze rozmawiać o chorobach psychicznych. Wydaje się, że „Radość odzyskana” świetnie pokazuje nam drogę.

Pisanie jako terapia

Kiedy byłam dzieckiem, któregoś dnia zaczęłam pisać pamiętnik. Najpierw były to proste zapisy tego, co jadłam na obiad, co powiedział tata, jak odwiedziliśmy babcię i inne prościutkie zdarzenia, bez głębszej interpretacji rzeczywistości. Kiedy byłam nastolatką, zapisywałam stany emocjonalna, wyrzucałam z siebie lęki, niepokoje, gmatwaninę emocji.

Pomagało. I ja, i mój świat, zaczął mieć jakieś wyraźne kontury, stawałam się swoją własną opowieścią. Przestałam dopiero na studiach. Uzbierało się tego z dwadzieścia albo więcej zeszytów, nie pamiętam, bo kiedy miałam 26 lat wszystkie spaliłam. Spełniły swoje zadanie. Pomogły mi ukształtować siebie, zrozumieć, ulepić. Nie będzie przesady w stwierdzeniu, że nie wiem kim byłabym bez pisania pamiętników przez cały okres dzieciństwa i nastoletniości.

Z zawodu jestem scenarzystką. Uczestniczę właśnie w warsztatach, w których zaproponowano, abyśmy spróbowali przypomnieć sobie całe nasze życie, od początku do chwili obecnej. Wszystko, co tylko możliwe. Nasz nauczyciel spędził kiedyś całe lato na tym
zajęciu, dziesiątki godzin. Nie jest wcale łatwo usystematyzować, co przeżyliśmy, spojrzeć na to jak na opowieść. To nawet trudniejsze niż bieżące zapiski, gdzie trudnością jest szczerość i wyzbycie się pokusy kreowania siebie, co chyba nigdy do końca się nie udaje. Myślę jednak, że nagroda jest wielka. Kiedy udaje nam się z jakiegoś okresu w naszym życiu zrobić opowieść, niejako te przeżycia uwalniamy, podajemy dalej, stajemy się lżejsi. A także lepiej siebie rozumiemy. Jesteśmy wszak gatunkiem opowiadaczy. Wszystko to przyszło mi do głowy podczas lektury książki Aleksandry Kożuszek „Radość odzyskana”, w której autorka z perspektywy czasu opisuje swoje wieloletnie zmagania z chorobą psychiczną.

Pisać, by rozbić tabu

„Książeczka” (ze względu na rozmiar tekstu, tak nazywa ją sama autorka) została wydana dziesięć lat temu. I choć Aleksandra Kożuszek opisuje doświadczenie schizofrenii, którego początki sięgają kilkudziesięciu lat wstecz, opowieść ta w żaden sposób nie straciła na wartości. Jako społeczeństwo wciąż uczymy się jak dobrze rozmawiać o chorobach psychicznych. Wydaje się, że „Radość odzyskana” świetnie pokazuje nam drogę. Autorka opisuje swoje doświadczenia wprost, bez stylistycznych zawijasów, bez wstydu czy zażenowania, po prostu pisze, jak było. Pisze zwyczajnie, bo tak powinniśmy mówić o schorzeniach psychicznych,
a z jakichś powodów wciąż się tego nie nauczyliśmy, choć trzeba przyznać, że idzie nam coraz lepiej. Bezpośredniość tej książki jest dobrą wskazówką. O chorobach psychicznych należy rozmawiać i pisać jak o każdym innym aspekcie naszego życia.

Sam fakt pisania czy mówienia o czymś sprawia, że temat ten przestaje być tabu, wstydem, sekretem. Wypowiedziane istnieje. Autorka mówi nam o swoich bardzo konkretnych zmaganiach; o psychozie, o stanach euforycznych, o fazie obrzucania każdego
wulgaryzmami, o depresji. Aleksandra Kożuszek nie tylko miała w sobie tyle mocy, by opowiedzieć o chorobie psychicznej, ale też, by wspomnieć o – gwałcie jaki przeżyła. Według autorki między innymi to traumatyczne przeżycie stało się wywoływaczem psychozy, początkiem zmagań z chorobą. Autorka jedynie wspomina o tym zdarzeniu, lecz właśnie ta lapidarność (czujemy, że trzeba podchodzić z szacunkiem i delikatnością do opowieści i brać tyle, ile autorka zdecyduje się nam dać) jest uderzająca.

Leczenie z miłością

„Radość odzyskana” jest niewątpliwie ważna także dlatego, że przypomina przeszłość psychiatrii w Polsce i jej wspaniały czas, krakowski ośrodek, który w opisywanych latach był złotym miejscem. Jak w posłowiu do książki pisze słynny już teraz psychiatra, profesor Bogdan de Barbaro, a kiedyś lekarz autorki:

„(…) Wspomniałem o okresie „psychiatrii romantycznej”. Tak określam czasy (aż wstyd się przyznać: późne lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku), kiedy to wprawdzie nie było nowoczesnych leków drugiej generacji, ale nie było też NFZ-u
z dokładnym liczeniem, ile punktów przysługuje za daną „procedurę”, ani dokładnego sprawdzania jak zapisać receptę, żeby nie dostać kary. Związek między pracą psychologa czy psychiatry a jego płacą był pozorny, a psychoterapeuci nie byli – tak jak dziś – zasiedziali w wygodnych gabinetach. To był okres, kiedy nieco pod wpływem krytyki klasycznej psychiatrii ze strony antypsychiatrów,
terapeuci nie byli „usztywnieni swoim profesjonalizmem”. Szli z pacjentami na wycieczki, zakładali hostele, uczestniczyli w obozach rehabilitacyjnych. Nie musieli się zastanawiać, jak rozliczyć z NFZ-em takie „procedury” jak całodzienną wycieczkę na Lubogoszcz, wspólne z pacjentami gotowanie obiadu dla całego obozu albo mecze piłki nożnej. Na boisku czy przy kuchni nie było podziału na pacjentów i terapeutów (a zwłaszcza: na pacjentów, psychiatrów, pielęgniarki i psychologów). Ważne było, kto dobrze gra w piłkę, co ugotować, żeby wszystkim smakowało i kto ma „wachtę”. Czy umie współpracować, czy potrafi zauważać drugiego, cieszyć się światem i rozmawiać o trudnych sprawach. Pozwalam sobie na to wspomnienie, gdyż podejrzewam, że część sukcesu Oli w pokonaniu choroby ma swoje korzenie właśnie w tamtym klimacie, klimacie bezpośredniości, wzajemnej troski, odwoływania się do zasobów, silnych stron i wspólnoty. Tak jak „kukułcze gniazdo” w książce Kena Keseya czy w filmowej adaptacji Miloša Formana było opisem szpitala psychiatrycznego, ale też metaforą opresji politycznej, tak środowisko krakowskiej kliniki psychiatrycznej oraz szereg nowatorskich pomysłów (jak na tamte czasy) stanowiło – jak to zaobserwowała niegdyś profesor Maria Orwid – swego rodzaju azyl od peerelowskiej szarzyzny i bylejakości. A wspólnym mianownikiem pomysłów psychoterapeutycznych było – jak to widzę z dzisiejszej perspektywy – podążanie za potrzebami pacjenta i klimat „przeciw wykluczeniu społecznemu” bez baczenia na formalne reguły i porządki”

Troska. Ty o mnie, ja o ciebie

Jedną z piękniejszych warstw tej „książeczki” jest relacja autorki z mężem, a także z ojcem, jak również z lekarzami, przyjaciółmi. Czytanie o głębokich i przepełnionych czułą wzajemną troską relacjach działa jak balsam. To znamienne, że wstęp do książki napisał mąż autorki, Konrad Kożuszek, a posłowie jej wieloletni terapeuta, Bogdan de Barbaro. Nawet jej książka
została bezpiecznie otulona przez osoby, które się o nią troszczą. Ten układ książki pokazuje to, co Aleksandra Kożuszek zdaje się bardzo chcieć nam przekazać – sieć ludzka jest najważniejsza. W chorobie psychicznej, otocz się tymi, którzy nie pozwolą ci spaść w otchłań.

Z całej tej krótkiej książeczki bije właśnie ten przekaz – miłość, przyjaźń, troska innych to nasz spadochron, nasza ochrona, rozpostarty pod nami skokochron. Nawet jeśli upadniemy, ktoś nas złapie. Niezależnie od tego, czy zmagamy się z chorobami psychicznymi, czy nie. Wydaje się, że rodzina i wspólnota mają większy pływ na nasze szczęście niż pieniądze i zdrowie – pisze
w swoim bestsellerze „Sapiens. Od zwierząt do bogów” Harari. – Osoby mające zdrowe rodziny i otoczone zwartą i przyjazną wspólnotą są zdecydowanie szczęśliwsze od osób, które żyją w rodzinach patologicznych i nigdy nie znalazły (albo nie
szukały) wspólnoty, do której chciałyby przynależeć. Szczególną rolę odgrywa małżeństwo. Liczne badania pokazały, że istnieje bardzo ścisła korelacja między udanym małżeństwem a wysokim poziomem zadowolenia z życia oraz między nieudanym małżeństwem a niskim poczuciem dobrostanu. Korelacja ta występuje niezależnie od warunków ekonomicznych.

Czytanie jako terapia

Wielką moc ma zapisywanie swojego doświadczenia. Pisanie może pomóc piszącemu, ale też oczywiście czytelnikowi. Surowość
i autentyczność zapisu książki Aleksandry Kożuszek powodują, że ufamy autorce, czujemy jakbyśmy siedzieli z nią na ławce
w parku i słuchali bezpretensjonalnej opowieści o chorobie i dojściu do jej opanowania. Z książki wyłania się postać Kożuszek – niezwykle wrażliwej, radosnej, twórczej, nastawionej na budowanie relacji kobiety, która chętnie dzieli się ze światem tym, co ma najlepszego. I która także dzięki opisaniu zapanowała nad swoją osobistą historią. Nikt tak znakomicie nie rozumie ludzi w
potrzebie, nie jest na nich wrażliwy, czujny i skuteczny w pomaganiu jak osoby, które same przeszły przez trudny czas. Kożuszek pomaga teraz innym, oddaje troskę i miłość. Wartość tej publikacji dla osób borykających się ze schizofrenią i ich bliskich jest oczywista. Jednak starałam się pokazać, że to „książeczka” dla każdego z nas. „Radość odzyskana smakuje zupełnie inaczej” – pisze autorka na końcu książki, a czytelnik czuje tę wagę i moc. Jednak mamy tu także poważne ostrzeżenie – żyjemy bowiem w świecie zerwanych więzi, pracoholizmu, wyobcowania. Zbyt mało mamy czasu na budowanie przyjaźni i celebrowanie rodzinności, jesteśmy jako społeczeństwo porażająco samotni. A książka Kożuszek mówi jasno – podstawą naszego dobrostanu jest posiadanie dobrych, serdecznych, wspierających relacji. Podstawą jest bycie w dobrej wspólnocie. Weźmy to sobie wszyscy do serca.