Mindfulness a szafa polska

Na moim pierwszym kursie mindfulness była kobieta, która uczestniczyła w nim, siedząc w szafie. Kurs odbywał się online, a ona miała w domu trójkę dzieci i jedynym miejscem, w którym mogła oddawać się sesjom medytacji, była garderoba. „Znowu nadaję do was z szafy” – witała się na każdych kolejnych zajęciach, a nad jej głową wisiały rękawy i nogawki.

Tym, co mnie uderzyło podczas kursu, była wzajemna czułość i życzliwość. Niektórzy podczas kolejnych zajęć czuli się na tyle bezpiecznie, by szlochać i zwierzać się nam jak przyjaciołom. Potrzebujemy czułości, czułej uwagi, dobrej przestrzeni, a to tak deficytowy towar. Pamiętam, że o tym wtedy myślałam. 

Pamiętam też, że była zima. Ciemne, mroźne dni. Pandemiczne zamknięcie spowodowało, że od jakiegoś czasu czułam się uwięziona, przykuta do miejsca. Lubię rozwój, zmiany, ruch, lubię czuć, że wędruję, nawet jeśli akurat nigdzie się nie ruszam. Dlatego postanowiłam zrobić coś nowego. Zapisałam się na kurs redukcji stresu MBSR, choć wcale nie miałam wtedy stresującego życia. Przeciwnie, żyło mi się całkiem błogo i bezboleśnie. Zapisałam się z ciekawości. Od wielu lat praktykowałam ashtangę jogę, obszary związane z dobrostanem ciała i duszy były mi bliskie. Podróży w Himalaje, odwiedzin w buddyjskich klasztorach, nie traktowałam jedynie jak atrakcji turystycznej. Skończyłam pierwszy kurs mindfulness, po niedługim czasie drugi. Lubiłam sesje medytacyjne online, spotkania z ludźmi z całego kraju, z różnych baniek, wspólne skanowanie ciała, obserwację oddechu, obserwowanie myśli, emocji. Starałam się codziennie znaleźć czas na krótką medytację. Pomyślałam, że uczenie mindfulness musi przynosić sporą satysfakcję; dajesz ludziom coś dobrego. Naiwnie, prostolinijnie dobrego. Nie wciskasz kitu, nie mizdrzysz się, by coś sprzedać, nie manipulujesz, by coś zyskać. Obdarzasz czymś wartościowym. Zaczęłam się zastanawiać nad kursem nauczycielskim. 

A potem w moim życiu zaszła WIELKA ZMIANA.  Zostałam mamą. Codzienne medytowanie stało się czynnością absurdalnie niepotrzebną, wydumaną i  niepoważną. Zwracanie uwagi na własne emocje uznałam za pięknoduchowską czynność dla znudzonych. Z rozwianym, nieświeżym włosem, poplamiona, nieogarniająca rzeczywistości, głodna, pijąca słynne zimne kawy, zapomniałam zupełnie, że kiedyś siadałam na krześle, by nic nie robić. Zapomniałam, że w ogóle brałam udział w kursach mindfilness. Starałam się przystosować do nowej multiroli – mamy, scenarzystki, żony, osoby pragnącej jeść, pić i spać. I wszystko to na raz. Niepojęte (tak, troszkę się nad sobą użalałam)! 

Pewnego dnia wpadłam do łazienki, miałam chwilę na umycie zębów. Działałam w chaosie, pasta spadła mi ze szczoteczki na bluzę. Spojrzałam na siebie w lustrze. Czy to byłam jeszcze ja, czy już nie ja? Znienacka przypomniałam sobie, że w razie kryzysu mogę zamknąć oczy i wziąć trzy głębokie wdechy. Wdech i potem powolny wydech. Obserwacja emocji, ciała, powrót do siebie.

Znienacka przypomniałam sobie, że w razie kryzysu mogę zamknąć oczy i wziąć trzy głębokie wdechy. Wdech i potem powolny wydech. Obserwacja emocji, ciała, powrót do siebie.

Pewnego dnia wpadłam do łazienki, miałam chwilę na umycie zębów. Działałam w chaosie, pasta spadła mi ze szczoteczki na bluzę. Spojrzałam na siebie w lustrze. Czy to byłam jeszcze ja, czy już nie ja? Znienacka przypomniałam sobie, że w razie kryzysu mogę zamknąć oczy i wziąć trzy głębokie wdechy. Wdech i potem powolny wydech. Obserwacja emocji, ciała, powrót do siebie.

Przypomniał mi się nauczycielski głos: mindfulnessu najlepiej uczyć się wtedy, kiedy nie dzieje się w twoim życiu nic stresującego. Wtedy warto zdobyć narzędzia, by móc je wykorzystać, gdy przyjdzie trudniejszy czas. Bo podczas sztormu nie ma przestrzeni na naukę. Wtedy trzeba mieć sztormiak na podorędziu. 

Otworzyłam oczy. Spokojniejsza. To znowu byłam ja. Doskonale pamiętam ten moment, bo wtedy zrozumiałam, jak bardzo przydatne okazały się moje kursy. Potem wielokrotnie wchodziłam do łazienki na trzy oddechy. 

Dzięki kursom nauczyłam się rozpoznawać swoje emocje i nie przywiązywać się do nich. Teraz uczę tego samego moją córkę, która często nie rozumie, dlaczego wpada w złość lub płacze. Umiem regulować swoje emocje. Kiedy trzeba, robię krótką przerwę od wszystkiego na trzy oddechy. I wracam do siebie.

Dziś jestem znacznie bliżej ziemi, niż tamtej zimy. Czy traktuję mindfulness użytkowo? Tak. Jednak to on, joga i literatura wprowadzają do mojego życia duchowość. Poważnie traktuję potrzebę, by na kilka minut usiąść i patrzeć w dal, w milczeniu – po to, by spotkać się ze sobą i światem.

Czy mindfulness jest niepoważny? Pewnie zależy to od tego, kim jesteśmy i w którym momencie życia się znajdujemy. Jedni dostrzegą w nim podwalimy pod poszukiwania religijne, inni okazję do usprawiedliwionej drzemki, a jeszcze ktoś koło ratunkowe, by przetrwać rozmowę z irytującym szefem. Dla mojej babci pewnie byłoby dziwne, że trzeba płacić za kursy siedzenia w ciszy, patrzenia w głąb siebie, współczucia, oddechu, bycia. Ona to po prostu potrafi. Pamiętajmy, że mindfulness nie jest psychoterapią. Tak samo jak chodzenie na jogę czy siłownię nie jest wyczynowym uprawianiem sportów. Mindfulness jest treningiem umiejętności bycia tu i teraz, utrzymywaniem uwagi na tym, co jest. Dla mnie mindfulness jest przypomnieniem czegoś, co przestało być fundamentalne. A powinno takie być. Niepoważni jesteśmy my, zabiegani, uwikłani, roztrzepani, nieobecni, czasem niedorzeczni i w tym wszystkim zabawni. My, którzy potrzebujemy nauczyć się jak siedzieć w ciszy i być świadomymi samych siebie.  

Dziś rozumiem tę kobietę, która łączyła się z nami z szafy. Wiem jak rozpaczliwie potrzebowała narzędzi, by poradzić sobie ze stresem i życiowym harmidrem. Rozumiem, bo sama mam takie miejsce – w schowku, naprzeciwko pralki. Siedzimy tam sobie czasem, ona i ja. Lubię patrzeć, jak w bębnie kręci się i wiruje. Odzyskuję spokój. Poczucie, że jestem. A tu się włącza wirowanie.